Śpicie jeszcze i odpoczywacie?
Mt 26,45
Tak powiedział Pan do Apostołów w Ogrójcu. Te same słowa możemy odnieść do nas samych, którzy tak łatwo zapominamy, albo niespecjalnie przejmujemy się tym, co Pan dla nas zrobił, jak wielkich rzeczy dla nas dokonał i do jakiej wielkości nas uzdolnił i powołał.
Żeby to lepiej zrozumieć, warto zobaczyć, po co Pan to wszystko dla nas wycierpiał, po co przyszedł na ziemię, po co stał się człowiekiem. Po co to wszystko?
Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały życie i miały je w obfitości.
J 10, 10b
Syn Boży stał się człowiekiem, żeby obdarzyć nas niewypowiedzianymi darami, stał się człowiekiem, żebyśmy wszyscy mogli cieszyć się obfitością życia. Zanim jednak wyciągniemy z tego wniosek, że w takim razie pierwszym celem Pana Jezusa na ziemi było zapewnianie nam dobrej pracy, spokojnego funkcjonowania w społeczeństwie i ogólnie “nie przemęczenia się”, to zastanówmy się, czym tak naprawdę jest to życie, którego Pan chce nam udzielać tak hojnie.
Naturalny porządek rzeczy
Bóg chce, żeby wszystko, co stworzone, służyło dobru. Już tutaj, w tym momencie widać, jak często nasze pragnienia i zamiary odbiegają od tego naturalnego jeszcze porządku rzeczy. Ile razy pragniemy rzeczy złych? Ile razy pragniemy zemścić się na kimś, kto mnie w jakiś sposób zranił? Ile razy pragniemy niegodziwych przyjemności? Ile razy postępujemy bez zastanowienia, bo gdybyśmy się nad wszystkim zastanawiali, czy jest dobre, czy złe, to okazałoby się, ile rzeczy jest niedozwolonych?
Można by tak długo pytać. Wszystko to jednak sprowadza się do tego, że życie w obfitości nie oznacza wcale życia bez odpowiedzialności, bez zobowiązań, czy bez konieczności myślenia. Wręcz przeciwnie. Z samej naszej ludzkiej natury, z faktu, że jesteśmy stworzeniami rozumnymi, wynika, że w ramach tej obfitości naszego życia mieści się postępowanie zgodne z rozumem.
Co jednak jest zgodne z rozumem? Z rozumem zgodne jest to wszystko, co zgadza się z celem każdego bytu. Zgodne z rozumem jest jedzenie po to, by żyć i mieć siłę do wykonywania obowiązków. Zgodne z rozumem jest postępowanie sprawiedliwe, a więc oddawanie każdemu tego, co mu się słusznie należy. Zgodne z rozumem jest zachowywanie czystości zgodnie z własnym stanem.
Niezgodnym z rozumem natomiast jest nadużywanie jakichkolwiek dóbr przez Pana stworzonych, a więc nieumiarkowanie, niesprawiedliwe (na różne sposoby) postępowanie dla własnej korzyści lub na niekorzyść drugiego, czy najróżniejsze formy nieczystości, które wypaczają porządek rzeczy ustalony przez Boga.
Ostatecznie więc zgodne z rozumem jest życie cnotliwe, a więc wypełnione sprawiedliwością, roztropnością, umiarkowaniem i męstwem. Oto jest życie w obfitości na poziomie czysto naturalnym. Jak się to ma do nieraz naszych niskich, wręcz obrzydliwych żądz i pragnień, jakbyśmy byli zwierzętami - byle tylko się najeść, napić i wyspać?
Pan chce dać nam życie w obfitości! W obfitości tego wszystkiego, co z samej natury powinno nam być drogie! Pan chce, żebyśmy byli w pełni ludźmi, z pełną godnością, jaką nas obdarzył w akcie stworzenia!
Nadprzyrodzony porządek rzeczy
To jednak dopiero początek. Przez Mękę, Śmierć i Zmartwychwstanie, które w tych dniach szczególnie będziemy rozważać, Pan Jezus wysłużył nam łaskę, która podnosi nas do zupełnie nowego sposobu życia. Od dnia Chrztu, kiedy łaska ta jest nam udzielona, nie możemy zatrzymywać się na tym, co naturalne dla nas. Czasami można usłyszeć tego typu zdania: “byle tylko być dobrym człowiekiem”. Czy człowieka, który jest roztropny w postępowaniu, sprawiedliwy, umiarkowany we wszystkim co robi i mężny nie nazwalibyśmy w tym sensie “dobrym człowiekiem”? Pewnie tak, a to przecież tylko naturalna miara! To miara, do której pragnęli dojść filozofowie greccy, np. Arystoteles.
Skoro tak, to ludzie obdarzeni łaską Bożą, mają dążyć do wyższej doskonałości. Mamy żyć na co dzień - żywą wiarą w Boga. Wiarą, która nie sprowadza się tylko do stwierdzenia: “wierzę, że Bóg jest”, albo “uznaję to wszystko, co uznaje Kościół katolicki”. To oczywiście ważne, ale to nie wszystko. Żywa wiara, to wiara, która oznacza prawdziwe przejęcie się prawdami objawionymi i życie zgodnie z nimi. Cóż z tego, że będę wierzył, ale nie będę z tego wyciągał konsekwencji dla mojego życia?
Mamy żyć nadzieją. Przede wszystkim - nadzieją zbawienia. Tyle tylko, że nie nadzieją głupią, jakoby Bóg mnie miał zbawić nawet wbrew mnie, nawet jeśli ja każdą swoją decyzją odwracam się od Niego. Mam żyć nadzieją, a więc nie dawać się skusić szatanowi do smutku i polegania jedynie na własnych siłach, czy to w kwestii zbawienia (co byłoby wręcz bluźnierstwem i herezją - próbować się zbawić samemu), ale także w codziennych sprawach. Przecież dobry Bóg - Ten, który jest nieskończenie Dobry - troszczy się o nas w każdej chwili. Nie muszę się nigdy bać, że jestem pozostawiony sam sobie, ale temu najlepszemu Panu we wszystkim ufać.
Jako zwieńczenie wszystkich cnót mamy żyć miłością. Nie miłością przyrodzoną, taką naturalną, jaka naturalnie wiąże tych, których łączą więzy krwi czy wspólny gatunek ludzki. Mamy żyć miłością, którą sam Bóg - Duch Święty - udziela nam. Z pomocą Bożej łaski mogę i mam obowiązek wznieść się ponad miłość naturalną, a kochać tak, jak nakazał Pan Jezus: “Daję wam przykazanie nowe, abyście się wzajemnie miłowali, jak Ja was umiłowałem”. Nade wszystko zaś mam taką miłością, miłością Bożą, od Boga płynącą, a przewyższającą wszelkie nasze ludzkie miary, kochać Boga.
Tak żyjąc - w zjednoczeniu z Bogiem, będę miał życie w obfitości. Już tu na ziemi, a potem w pełnej obfitości - w Niebie. Nie chodzi o jakąś cząstkową obfitość, ale o całą Pełnię, bo o zjednoczenie z Tym, który jest Życiem!
Życie cnotliwe to życie święte
Warto więc przyjrzeć się swojemu życiu z tej może perspektywy. Perspektywy nieco zapomnianej, a pozwalającej może na bardziej precyzyjne nazwanie zła, którego się dopuszczamy. Czasami przecież może być tak, że choć wiemy, że zrobiliśmy coś złego, to trudno może być nam jednoznacznie wskazać, które z Dziesięciu Przykazań akurat przekroczyliśmy, a Przykazania Miłości, z uwagi na ich ogólność, możemy traktować bardzo powierzchownie. Tym samym całkiem możliwe, że wiele grzechów nam po prostu umyka, zwłaszcza wtedy, kiedy nasz rachunek sumienia jest bardziej automatyczną procedurą, a nie z serca płynącym pytaniem do Pana i faktycznym rozważaniem: “Co świadomie złego zrobiłem?” Tak więc faktycznie może się okazać, że przez długie lata “śpimy jeszcze i odpoczywamy”, zamiast szczerze nawrócić się, czyli zmienić myślenie.
Zmienić myślenie, ale na jakie? Na pożądanie przede wszystkim i we wszystkim Boga - Dobra Najwyższego. Zmienić myślenie, czyli przestać wreszcie gonić za drobiazgami doczesnymi. Zmienić myślenie, czyli przestać widzieć w życiu doczesnym, w dobrobycie, spokoju, dobrym imieniu, pracy, zdrowiu, a nawet w rodzinie celu ostatecznego. Jeśli w czymkolwiek, dosłownie w czymkolwiek innym niż sam Bóg upatruję swój najważniejszy i ostateczny cel, do którego chcę dążyć, to św. Tomasz z Akwinu uczy nas, że to jest właśnie grzech śmiertelny. Grzechem śmiertelnym jest zawsze świadoma zmiana celu ostatecznego z Boga na cokolwiek innego. Jeżeli gotów jestem dla własnej wygody, zdrowia, a nawet zachowania życia doczesnego, dopuścić się czynu, o którym wiem, że jednoznacznie sprzeciwia się Bogu, to nie mogę mówić, że trwa we mnie miłość do Boga! Nie ma nawet znaczenia, czy faktycznie coś takiego zrobiłem, czy nie. Jeśli w sercu jestem na to gotów i myślę sobie, że w jakiejś sytuacji zgodziłbym się na taki czyn, to już w tej chwili zapieram się Boga i, dopóki taka postawa we mnie trwa, trwam w ciężkim grzechu.
Warto więc zrobić rachunek sumienia w oparciu o cnoty kardynalne - roztropności, umiarkowania, męstwa i sprawiedliwości, i o cnoty boskie - wiarę, nadzieję i miłość.
Ile razy postępowałem świadomie bez koniecznego namysłu? Ile razy świadomie poszedłem za impulsem płynącym z moich uczuć i popędów, zamiast za tym, do czego nawoływał rozum? Ile razy wolałem wybrać chwilową przyjemność nad faktyczne dobro?
Ile razy włożyłem w coś za mało wysiłku, robiąc coś tak, “aby było”? Ile razy przesadzałem z odpoczynkiem? A ile razy z pracą? Ile razy tak bardzo oddałem się jednej czynności, że zaniedbałem inne swoje obowiązki? Ile razy wziąłem na siebie więcej niż mogłem, byle tylko nie przyznać się do swojej słabości (a więc by karmić swoją pychę)?
Ile razy nie podjąłem się dobrej czynności ze strachu przed tym, że będzie to nieprzyjemne albo bolesne? Ile razy zaniechałem dobra ze strachu przed wyśmianiem przez innych? Ile razy narzekałem na trudności (nie dla przyjacielskiego podzielenia się trudem, ale dla narzekania), zamiast cierpliwie znieść, to na co nie mam wpływu? Ile razy niecierpliwiłem się w oczekiwaniu na coś, zamiast znieść tę niedogodność mężnie?
Ile razy potraktowałem drugiego człowieka, jakby nie był równym mi w godności człowiekiem? Ile razy drugiemu człowiekowi nie oddałem należnego szacunku przez życzliwe mówienie o nim? Ile razy niepotrzebnie wyjawiałem wady i słabości drugiego? Ile razy okradałem innych z poczucia godności (wyzywając ich, nawet jeśli są podwładnymi), z czasu (przez zawinione spóźnienia), z dóbr materialnych?
A to dopiero cnoty kardynalne! Co dopiero, jeśli przejdziemy do cnót boskich?
Jak z moim posłuszeństwem Bogu? Czy przyjmuję z absolutnym posłuszeństwem rozumu to wszystko, co Bóg objawił, a Kościół jako takie podaje do wierzenia? Czy uznaję wszystkie dogmaty? Czy jestem gotów uznać, jak mówił św. Ignacy z Loyoli, że jeśli Kościół mówi, że białe jest czarne, a czarne jest białe, to tak jest? Czy bardziej przejmuję się treścią Objawienia Publicznego - a więc Pismem Świętym i Tradycją Kościoła, niż objawieniami prywatnymi?
Czy pokładam moją nadzieję w Bogu? Kto, według mnie, jest głównym sprawcą mojego jakiegokolwiek powodzenia? Kto troszczy się o moje życie, jedzenie? Bóg, czy ja? Czy mam świadomość, że we wszystkim jestem dłużnikiem dobrego Boga? Czy ufam Mu i oczekuję Jego pomocy w dojściu do Nieba, czy probuję sam to zrobić? Czy w ogóle naprawdę chcę być w Niebie? Czy chcę być święty? Wybór jest prosty - albo święty, albo potępiony.
Jak z moją miłością do Boga i drugiego człowieka? Czy wolę cierpieć wszystko, byle Boga ciężko nie obrazić? To jest minimum, żeby w ogóle mówić o miłości Boga ponad wszystko, do której wszyscy jesteśmy zobowiązani. Jak kocham drugiego człowieka? Czy chcę jego prawdziwego dobra, a więc zbawienia? A może bardziej szukam sposobności, żeby wykorzystać go do swoich celów. Czy kocham siebie taką miłością, jakiej Bóg się domaga ode mnie wobec mnie samego? Czy pragnę zbawienia dla siebie?
Te wszystkie pytania pokazują dopiero początek drogi życia wewnętrznego, życia Bożego we mnie. Pokazują niektóre grzechy, jakimi możemy Boga obrażać. Odwrócenie się od grzechu, oderwanie od zła, to pierwsze nawrócenie, które zasadniczo ma miejsce we Chrzcie świętym. Niestety niejednokrotnie musi się ono powtórzyć w ciągu naszego życia. Jest to ten moment, kiedy jasno postanowimy i wprowadzimy to postanowienie w życie: raczej umrzeć, niż zgrzeszyć ciężko. To jest początek cudownej drogi, do której wzywa nas Pan.
Plan kazań
Tak też w tych kazaniach pasyjnych, towarzysząc Panu Jezusowi w Jego Męce, przejdziemy przez kolejne etapy naszego życia duchowego - od samych początków, gdzie wiele jeszcze jest do naprawienia, aż po zjednoczenie z Panem, które już tu na ziemi jest możliwe, a staje się przedsionkiem do Nieba.