Utylitaryzm
- To jest niepraktyczne!
- Co z tego będę miał?
- To się na nic nie przyda?
- Nie ma sensu się tego uczyć - to się nie przydaje w życiu!
To tylko przykładowe wypowiedzi, które tak łatwo przecież usłyszeć. Niektóre z nich padają w szkole, niektóre w pracy, inne w domu. Niezależnie jednak od tego, gdzie padają - wyrażają jedną prawdę, która zdaje się dominować w sposobie myślenia wielu ludzi:
Jeśli to nie jest praktyczne, jeśli nie przynosi wymiernych zysków, to jest zbędne i jest stratą czasu, zasobów, możliwości.
Takie myślenie jest szkodliwe w każdym aspekcie! Nawet w kwestii nauki w szkole, czy podejścia do codziennych spraw - zabija w nas zachwyt. Zabija dostrzeganie piękna, zabija ciekawość świata stworzonego. Jak ktoś, kto interesuje się tylko potencjalnymi zyskami ze swoich działań, miałby poświęcać czas na podziwianie natury, na zgłębianie praw nią rządzących, na rozważania filozoficzne, które przecież pokazują piękno życia? Trudno sobie to wyobrazić - wszak tak spędzony czas nie przymnaża pieniędzy, ani nie “ułatwia życia” - prowadzi tylko do zachwytu nad światem stworzonym, a przez to - do jeszcze większego, świętego zachwytu nad Stwórcą!
Utylitaryzm społeczny
Na tym jednak nie koniec dramatów. Taka utylitarna mentalność dotyczy nie tylko spożytkowania czasu i zasobów, ale też, co jest jeszcze straszniejsze - ludzi! Jeśli ktoś nie wnosi niczego “wymiernego” do społeczeństwa - staje się “darmozjadem”, “pijawką”, “wyzyskiwaczem”.
Czy tak jednak jest w istocie? Przecież niektóre grupy ludzi, którzy wydają się nie wnosić nic wymiernego do społeczeństwa, są jednocześnie traktowane z dość dużym szacunkiem, np. naukowcy, artyści, sportowcy. Nie sposób powiedzieć, żeby te grupy ludzi bezpośrednio wnosiły coś w społeczeństwo. Oczywiście wnoszą, ale nie jest to wkład, który można zważyć, zmierzyć, wycenić. Niemniej jednak pozostają grupy ludzi, których wkład jest niedoceniany i uznawani są często za niepotrzebnych w społeczeństwie. Znajdziemy tu:
- ludzi ciężko chorych, wymagających nieustannej opieki (zwłaszcza w niektórych krajach uważa się ich za zbędnych… przerażające),
- zakonników (im bardziej zamknięty i kontemplacyjny zakon, tym bardziej są nieużyteczni),
- duchownych,
- ludzi, którzy zdecydowali się poświęcić swoje nieraz wielkie zdolności, dla jakiegoś innego dobra (czyli wybrali coś innego niż karierę zawodową).
Te (i pewnie i inne grupy osób) szczególnie pokazują światu (a przynajmniej powinny), że to, co widać to nie wszystko, że oprócz materii jest i to jako ważniejsza cała sfera ducha. Stąd też największe trudności z przyjęciem tych ludzi, jako również wartościowych i potrzebnych społeczeństwu.
Gdy człowiek biega za kolejnymi dobrami materialnymi, za kolejnymi rzeczami, które musi mieć, albo załatwić, trudno mu wznieść wzrok ku niebu, zechcieć oddać czas dla Boga. Skoro jest mu to trudno robić, a przez to robi to coraz rzadziej, to tacy ludzie są trudni do przyjęcia. Może się rodzić pytanie, które jest niczym innym jak pytaniem człowieka sfrustrowanego własną pogonią za zyskiem:
Czemu oni nic nie robią, a ja tyle muszę harować?!
Warto przy tej okazji zaznaczyć, że łacińskie słowo frustrare oznacza marnować. Człowiek sfrustrowany marnuje własne siły w pogoni za dobrami, których wszystkich i tak nie osiągnie, a może je otrzymać za darmo od dobrego Boga.
Marta i Maria w Kościele
W dalszej ich podróży przyszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go do swego domu. Miała ona siostrę, imieniem Maria, która siadła u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie. Natomiast Marta uwijała się koło rozmaitych posług. Przystąpiła więc do Niego i rzekła: «Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła». A Pan jej odpowiedział: «Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona».
Łk 10, 38 - 42
Ileż to razy słyszeliśmy komentarz do tego fragmentu mówiący o konieczności modlitwy i troski o bycie z Panem, jako ważniejszych od wielości różnorakich zajęć. Prawda, że to prawda. Niestety, nawet wśród ludzi wierzących pojawia się niejednokrotnie zdumienie i niezrozumienie (o ile nie otwarta wrogość) wobec tych osób, które idąc za tym właśnie wezwaniem Ewangelii postanawiają porzucić pogoń za dobrami świata i przyjąć tą szczególną miłość Pana wzywającą do bycia z Nim tylko.
Takie osoby, choć przecież utrzymują się swoją pracą i nie stają się obciążeniem dla nikogo (chyba że ktoś z własnej inicjatywy chce podzielić się z nimi swoimi dobrami), to niemal natychmiast stają się obiektem komentarzy i oskarżeń, że “nie chce im się pracować”, a każdy gest życzliwości w ich stronę (których przecież nie oczekują, a tym bardziej się nie domagają) jest odbierany jako wymuszony przez nich, a więc staje się okazją do ich krytykowania.
Te osoby jednak stają się ucieleśnieniem tego właśnie fragmentu Ewangelii o Marcie i Marii. Obierają najlepszą cząstkę, a obierają ją nie tylko dla siebie, ale dla całego Kościoła. Ich modlitwy, ofiary, wyciszenie, wyrzeczenie dóbr światowych wypraszają u dobrego Boga dla całego Kościoła i świata nieprzebrane zdroje łask.
Choć więc nieraz są odpychane i niechciane - takie osoby są Kościołowi szczególnie potrzebne. Prośmy dobrego Boga, żeby powoływał coraz to nowych ludzi do tej szczególnej, miłosnej i bardzo cichej, całkowicie ukrytej, relacji miłości z Nim samym!